ERASMUS ORGAZMUS PDF Drukuj Email
Wpisany przez Beata Szady   
niedziela, 30 grudnia 2007 12:04

ImageMurcia to cytryny, pomidory i woda, a raczej jej brak. Z tego słynie Murcia – malutki region na południowym-wschodzie Hiszpanii. Na prawo Morze Śródziemne, na lewo Andaluzja – region znany z tańca flamenco, na południu Afryka.

Murcia to też miasto w Murcii, najważniejsze w regionie. Powierzchniowo mniejsze od Wrocławia, ale mieszkańców ma więcej. I dwa uniwersytety. Właśnie z powodu jednego wylądowałam w tym miejscu Europy. Jestem erasmusem, czyli biorę udział w wymianie studentów.

ImageMurcia to cytryny, pomidory i woda, a raczej jej brak. Z tego słynie Murcia – malutki region na południowym-wschodzie Hiszpanii. Na prawo Morze Śródziemne, na lewo Andaluzja – region znany z tańca flamenco, na południu Afryka.

Murcia to też miasto w Murcii, najważniejsze w regionie. Powierzchniowo mniejsze od Wrocławia, ale mieszkańców ma więcej. I dwa uniwersytety. Właśnie z powodu jednego wylądowałam w tym miejscu Europy. Jestem erasmusem, czyli biorę udział w wymianie studentów.

Świat bez kominów

26 listopada – mam przerwę w zajęciach na uczelni. Siedzę na ławce i uczę się do mojego pierwszego egzaminu w języku hiszpańskim. Ale nie to jest najważniejsze. Siedzę na ławce i się prawie smażę. Słońce ostro przygrzewa. Mam czarną bluzkę z długim rękawem, więc jeszcze bardziej dokucza upał. Słońce, którego w Polsce bym nie doznała. Wracam na zajęcia. Wstępuję do toalety. Patrzę w lustro – „Madre mia! (tłum. O Matko!). W życiu nie pomyślałabym, że prawie grudniowe słońce w Hiszpanii może opalać.

O tej porze roku ludzie w Murcii już marzną. W końcu mamy zaledwie 10 stopni z rana! Hiszpanie powyciągali najgrubsze kurtki z szaf i wyglądają jak bałwanki. Ja chodzę w swetrze. Pod tym bluzka z długim rękawem. Rano trochę jest w nim chłodno, ale po południu najczęściej muszę go ściągać. Kurtki jesiennej jeszcze nie ubrałam.

Jednak generalnie ludzie marzną. Bez względu na szerokość geograficzną, ludzie marzną. Aline, z którą mieszkam, narzeka, że zimno. No tak, u niej, w Brazylii zawsze cieplej. Domownicy z Belgii i Francji narzekają. Eirze z Finlandii też zimno. Dziewczynom z Polski również. Tylko że je mieszkanie nie rozpieszcza – brak ogrzewania, płytki na podłodze, pojedyncze okna (nieotwierane na oścież, tylko suwane, przez co nigdy nie można umyć szyby zewnętrznej. Nie wiem, kto to projektował).  Temperatura zbliżona do tej na dworze.

U mnie w mieszkaniu byłoby podobnie, gdyby nie ogrzewanieJ Włączamy je na kilka godzin i już jest o niebo lepiej. Ale niewielu w Murcii może się poszczycić takim rarytasem. Wtedy można zauważyć wydobywającą się parę z ust, kiedy ludzie rozmawiają przy gorącej herbatce.
Mam szczęście, bo u nas jest ogrzewanie. Ale nie na żaden węgiel czy z piecem. Na gaz. I na darmo szukać domów w Murcii z kominem.

2 października – mój drugi dzień w Hiszpanii. Gorąco. Chodzę w jak najlżejszych ciuchach. Trzeba przyzwyczaić się do upałów. Idę ulicą. Patrzę. Boże! Świat zwariował! Kobieta w golfie!

Hiszpanie naprawdę ubierają się dziwnie. Dla nas – Polaków – dziwnie. Jednak oni muszą znosić upały 50-stopniowe, więc 30 to dla nich po prostu ciepło. A 10 stopni to mróz.

Chyba nie ma się co dziwić. Najstarsi mieszkańcy raz w życiu widzieli śnieg, który nie docierał na ziemię, bo było na niej za ciepło. Roztapiał się w trakcie padania. Do tego minimalna temperatura 5 stopni.

Świat neonów

Za moim oknem neon. Wisi sobie. Nad ulicą. Już nie jest bezczynny. Świeci. Wspaniale upiększa Murcję.

Miasto na święta wygląda jak choinka z lampkami. Mnóstwo, mnóstwo światełek. Ulice poprzystrajane. Tysiące neonów. Przy Corte Ingles (duże centrum handlowe) już czuć świąteczną atmosferę. Przystrojone jest w szopkę bożonarodzeniową. Tak, po prostu na ścianach budynku wiszą różne postaci. Wszystko by się zgadzało z Polską, tylko zamiast choinek są palmy.

I nie ma też rynku z duuuużą choinką. Pal licho z dużą choinką. Po prostu nie ma rynku! Jest tylko ratusz. Na jego balkonach stoją sztuczne choinki. _ywych się nie doszukamy.

Długo nie czuło się nastroju świątecznego. Neony się nie paliły, mało reklam w telewizji. Tylko rodzina z Polski opowiadała o zakupach świątecznych. Taaak, rodzina. I Maciej. Bez nich byłoby dużo trudniej w Murcii. Od pewnego czasu niedziele w Murcii są bardzo rodzinne. Wtedy właśnie Murcia łączy się najczęściej z Bukówcem, Wrocławiem, Włoszakowicami. I rozmawiam przez skype z wszystkimi. W niedzielę każdy ma czas. Nie goni do pracy, na uczelnię, do szkoły.

Ewelina, moja kuzynka, mówi, że była na zakupach świątecznych. Andżelika, moja siostra, opowiada o prezentach na gwiazdkę. A ja siedzę w Murcii i nic. Ale…

Zostało 5 dni. Już o niczym innym nie myślę. Czekam na czwartek. Bo to właśnie wtedy przyjeżdża moja ekipa z Polski. W sumie pięć osób. Moi najbliżsi. Te święta spędzamy w Murcii – chcemy zobaczyć, jak Hiszpania świętuje. Jednak Wigilia będzie polska. No, nie do końca, bo karpia nie będzie. Ale za to będą kolędy.

I jak przyjedzie moja ekipa, idziemy na zakupy. Bo co to za święta bez prezentów…Jednak najważniejsi są oni i możliwość wspólnego spędzenia tego magicznego czasu.

Rozmawiam z rodziną z Włoszakowic. Od niedawna mają Internet. To, że możemy porozmawiać, jest dla nas wielkim świętem. Wszyscy zasiedli w jednym pokoju i jeden po drugim ze mną rozmawia. Ewelina opowiada mi historię, która wydarzyła się przy niedzielnym obiedzie. Ciocia mówi: „A może byśmy pogadali z Beatą przez Internet? W końcu kupiliśmy słuchawki” A przecież słuchawki to prezent świąteczny dla wnuczki Jagody, która siedzi właśnie przy stole i przysłuchuje się rozmowie! Ach! Ta ciocia! Wygadała się. No, i już po prezencie dla Jagody. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu ja mogę sobie teraz z nimi porozmawiać.

Mieszkanie internacjonalne

Wspomniałam już o Aline z Brazylii, której zimno w Murcii i która w życiu nie widziała śniegu. Też jest Erasmusem. Podobnie jak Celine z Francji i Antoine z Belgii. Tylko Juan Pe jest rodowitym Hiszpanem. Pracuje w banku i jest naszym szefem. Tak żartujemy. Ale fakt jest taki, że to on czuwa nad zapłatą rachunków, załatwia różne sprawy z właścicielką mieszkania, kupuje żarówki, jak się przepalą. No, w końcu urzędnik. Taki poukładany jak nie-Hiszpan.

Obserwuję jego życie. Wstaje o 7.30. Bierze prysznic. Nic nie je. „Gdyby mama przygotowała, to bym zjadł”, to jego słowa. Wychodzi na 8. Ma blisko do pracy. Wraca o 15. na sjestę. To normalne w Hiszpanii – sklepy, banki pozamykane mniej więcej między 15 a 18. Tak więc Juan Pe wraca do domu i odpoczywa. Przynosi z sobą coś gotowego do zjedzenia i konsumuje przed telewizorem. Zawsze. Cokolwiek je, je przed telewizorem. Po jedzeniu idzie na drzemkę. O 17. wraca do pracy. Między 19. a 20. jest w domu. Później albo biegi, albo jedzenie, albo picie, albo telewizor. Najczęściej telewizor.

Nudno. Wczoraj pałętał się po mieszkaniu i mówił: „Nie mam co robić. Nudno”. Zasnął przed telewizorem.

Mieszkanie z Hiszpanami albo obcokrajowcami to najlepsza rzecz, jaka może spotkać Erasmusa. Najgorsze, to mieszkać z ludźmi z tego samego kraju. Wtedy na pewno nie nauczysz się tak dobrze języka.

Mówienie po hiszpańsku staje się taką normalnością właśnie przez mieszkanie z obcokrajowcami.

Ale człowiek nie tylko uczy się języka. Również tolerancji. Każdy z nas ma jakieś przyzwyczajenia. Jedne są śmieszne, inne dziwne.

Celine na przykład całą niedzielę chodzi w pidżamie. Nawet ostatnio po papierosy do baru biegła w pidżamie, bo jej się nie chciało ubierać. Ja znowuż wymyśliłam sobie taki zwyczaj, którego normalnie nie praktykuję w Polsce, że w niedzielę ubieram spódniczkę. Antoine strasznie głośno słucha muzyki i telewizji, jakby był głuchy. Do tego wszędzie zapala światło i nigdy go nie gasi. Juan Pe, jak już wspominałam, nie je bez telewizji.

I jeszcze buty. Pamiętam, jak wprowadziłam się do mieszkania. Wszystkie buty trzymałam na korytarzu. Pewnego dnia Juan Pe zaczyna rozmowę: „Ja wiem, że w Polsce jest taki zwyczaj, ale mogłabyś trzymać buty w swoim pokoju?”. „W swoim pokoju? Buty?” Dziwne to było dla mnie na początku, ale teraz stało się normalnością. Po prostu zwyczaje związane są z klimatem. Gdyby Juan Pe mieszkał w Polsce i miał wchodzić w obłoconych butach do swojego pokoju, to chyba by zmienił przyzwyczajenia. 

Wpadki

Nie da się bez nich obyć. Zawsze przy nauce języka człowiek ma wpadki językowe. Czytałam o Niemce Evie Fischner, która była na Erasmusie w Madrycie. Dla niej nauka hiszpańskiego była łatwiejsza dzięki znajomości angielskiego, gdyż wiele słów w tych dwóch językach jest podobnych. Ale nie zawsze. Na przykład hiszpańskie słowo „embarazada” podobne jest do angielskiego „embarrassed”, ale nie oznacza wcale „zakłopotany”, tylko „być w ciąży”.

Ja na początku mojego pobytu zamiast „quitar polvo” (co oznacza „ścierać kurze”) powiedziałam „echar polvo”, czyli „uprawiać seks”.

Wpadki językowe zawsze się zdarzają. I bywają bardzo zabawne.

Univesdidad San Antonio de Murcia

Zajęcia na uczelni albo po hiszpańsku, albo po angielsku. Generalnie poziom nauczania jest niższy niż w Polsce. Tylko że ja – Erasmus – muszę sobie jeszcze poradzić z językiem. Zdecydowanie trudniej z hiszpańskim. Z różnych powodów. Po pierwsze, bo angielski Hiszpanów jest bardzo słaby. Uczą się tego języka przez całe życie i tak go nie umieją. Kiedy robimy prezentacje po angielsku, ludzie czytają z kartki. Ich wymowa nie ma za wiele wspólnego z prawidłową wymową, ale…nie czepiam się. Moja też nie jest świetna. Zważywszy że teraz zdecydowanie większy kontakt mam z hiszpańskim. Rozumiem dużo, ale jak mam coś powiedzieć, to w głowie siedzą tylko hiszpańskie słowa.

Fakt jest jednak taki, że Hiszpanie języków obcych nie znają. I ich się nie uczą.

To po pierwsze. A po drugie – Hiszpanie w Murcii mówią w swoim ojczystym języku bardzo szybko i nieprawidłowo. Na przykład nie mówią „s” na końcu wyrazu. Można się przyzwyczaić, ale musi minąć czas, zanim człowiek zacznie rozumieć „ten hiszpański”.

Dużo łatwiej jest zrozumieć kobietę w telewizji niż w sklepie.

 Hiszpania bez Bullerbyn

Świat naprawdę zwariował! W Hiszpanii nie ma książki „Dzieci z Bullerbyn”! Uwielbiam tę książkę i na dobry początek chciałam przeczytać po hiszpańsku coś łatwego, znanego i przyjemnego. Ale książki nie ma! Większość Polaków zna Astrid Lindgren, a z przygody Lisy i reszty ekipy młodzi uczniowie poznają w szkole. Kiedy idę do biblioteki, pan robi dziwną minę i prosi, żebym nazwisko autorki zapisała na kartce. Szuka w katalogu. Nie ma nic Astrid Lindgren.

W innej bibliotece, znacznie większej, już coś znajduję. Jest jakaś Maldita, Pipi, ale „Dzieci z Bullerbyn” ani widu, ani słychu. A to się zdziwiłam. Wypożyczyłam tę „Malditę”, która w Polsce nie jest znana i …przygody Emila z drewutni! Czy ktoś go jeszcze pamięta? Tylko że w Hiszpanii to nie żaden Emil, tylko Miguel, czyli polski Michał. 

Świat kolorowych długopisów

Hiszpanie niewiele czytają. Ze statystyk wynika, że 3 książki na rok. To i tak bardzo dobrze, w porównaniu z Polakami, gdzie na jedną osobę przypada pół książki. Jednak biblioteki w Hiszpanii to raczej mediateki – ludzie przychodzą, żeby wypożyczyć film, muzykę albo pobuszować w intrnecie.

Dużo osób przychodzi też do biblioteki się uczyć. W Polsce to się nazywa czytelnia, tutaj nie spotkałam się z tą nazwą. Jest miło – cicho i ciepło – w sam raz na naukę. Jedni szaleją z kolorowymi flamastrami (to hiszpańska mania – notatki Hiszpanów wyglądają jak kolorowani), dziewczyna udaje, że się uczy, a tak naprawdę obserwuje chłopaka w drugim rogu sali. Facet koło mnie przyszedł z książką. A to się zdziwiłam! I większość czasu bawił się komórką.

Nie wiem, po co Hiszpanie przychodzą do biblioteki. Z nauką ma to niewiele wspólnego. Może po prostu muszą żyć w stadzie.

„Zmartwychwstał Pan” w listopadzie

Hiszpański kościół jest bardzo specyficzny. Myślę, że jest to związane z podejściem Hiszpanów do życia – po prostu wszystko na luzie. Dorosły mężczyzna siedzi w ławce. Czeka na rozpoczęcie mszy. Po co tracić czas. Przecież można w tym czasie napisać sms. Są też tacy, którzy nie zdążą wyjść z kościoła, a już obsługują komórki. Ale to nienajlepsze okazy.   Nikt nie pobije kobiety, której w czasie mszy zaczęła dzwonić komórka. I co widzimy? Ona po prostu zaczęła rozmawiać!  „No cześć, cześć. No wiesz, ja za bardzo nie mogę teraz gadać. No, no, dobrze. To do później.” Oczywiście rozmowa przebiegała w spokojnej atmosferze jak to zawsze bywa u Hiszpanów.

Oni nigdy się nie spieszą, serio.

Rzeczą normalną jest spóźniać się na mszę. Razu pewnego na przykład w środku mszy przyszedł mężczyzna z jakimiś zakupami. Po lewej stronie siedział on, po prawej facet, który w czasie mszy coś sprawdzał w komórce.

W Polsce można czekać w przychodni 5 godzin, bo jest mnóstwo ludzi do obsłużenia.

W Hiszpanii też można czekać 5 godzin, ale już z innego powodu – bo Hiszpanie tam pracujący mają na wszystko czas.

Nie wiem, który powód jest gorszy.

Supermarket – może być nie wiem jak długa kolejka, to i tak pani ekspedientka pomoże pakować zakupione towary.

Ale wracając do kościoła – właśnie takie okazy można spotkać w hiszpańskim kościele. I co jeszcze jest dziwnego? Na przykład to, że mało jest śpiewu. Koleżanki z Polski mówiły, że chodzą do takiego kościoła, w którym w ogóle się nie śpiewa. Straszne! U mnie w kościele się śpiewa, ale nie dużo. Nigdzie nie spotkałam organisty. Po prostu tutaj taka funkcja chyba nie istnieje. Tak zatem albo nie ma śpiewu, albo leci muzyka z płyty CD (poważnie!), albo jest śpiew, ale nie dużo. A jak jest, to też czasami się dziwię. Bo żeby w listopadzie śpiewać „Zmartwychwstał Pan”? Que raro! (Tłum. Ale dziwne!)

I jeszcze są na przykład telewizory – dla tych, którzy siedzą za jakimiś słupami i nie widzą ołtarza. A jeżeli chodzi o czytania – zwykli ludzie wychodzą z ławek i idą czytać. Zwykli ludzie też zbierają składkę. I nie w koszyczkach wiklinowych, tylko workach z materiału.

A co się dzieje na „Przekażcie sobie znak pokoju”? Podawanie sobie rąk w niektórych kościołach w Polsce jest standardem. W bukowieckim nie, ale jeszcze do niedawna nie było standardem przekazywać sobie znaku pokoju. Tak zatem w Hiszpanii obcy ludzie podają sobie ręce. A co robią ci, którzy się znają? Najlepiej to widać na mszy dziecięcej. Małe ludziki biegają po kościele, szukają mamy i taty, żeby ich pocałować. Jeżeli rodzice nie siedzą razem, to żona na przykład podchodzi do męża i go całuje. I na odwrót.

Takie to zwyczaje są w hiszpańskim kościele. 

Bilet 4 zł

Na uczelnię dojeżdżam autobusem. Okropność! Kiedy jadę UCAM directo, czyli bezpośrednio na uczelnię, spędzam w autobusie 30 minut. Jeżeli jadę 44, zajmuje to gdzieś 45 minut. Ale to chyba jeszcze nie jest najgorsze. Bo kto widział, żeby za bilet miejski trzeba było płacić prawie 4 zł! I nawet jak ma się karnet, to nie wychodzi dużo taniej.

Tak, komunikacja w Hiszpanii jest droga. Nawet pociągi są drogie (mniej więcej kosztują tyle, co autobusy). I co również niespotykane w Polsce – według mnie dzięki Bogu – w pociągach gra muzyka!

Komunikacja w Hiszpanii jest droga. Ale za coś Hiszpanie musieli wybudować wspaniałe autostrady. Kiedy weszli do Unii Europejskiej, stanęli przed wielkim zadaniem, któremu podołali. Dostali na budowę dróg pieniądze z Unii, ale one nie były wystarczające. Dlatego też podrożały bilety autobusowe, żeby mieć pieniądze na spłacenie kredytów czy też budowę nowych dróg.

Tak zatem Murcia to droga komunikacja i chmara świateł. Na każdej mini uliczce. Czasami zastanawiam się po co. Może mieli taki kaprys. Może z sygnalizacją świetlną jest tak samo jak z neonami – Hiszpanie muszą ich mieć dużo. Po prostu. 

Przyzwyczaić ludzi

Kursuje w Murcii tramwaj. Jeden jedyny. Jest nowoczesny, czerwono-niebieski. I z Polski! . Tak mi przynajmniej mówiła koleżanka.

Właśnie wsiadam do tego tramwaju. Ach! Za chwilę poczuję się jak we Wrocławiu. Zdecydowanie wolę tramwaje niż autobusy. Stoję, ruszamy. Jakaś kobieta podchodzi i daje mi bilet. Tak, w Murcii biletu na tramwaj się nie kupuje! Jego się dostaje! A to wszystko po to, żeby przyzwyczaić ludzi do nowego środka transportu. Otóż przez pierwsze dwa lata jest on za darmo. A później trzeba będzie płacić.

Podróż tramwajem nie jest długa, trasa ma tylko 4 przystanki. Ja wsiadam na trzecim. Do końca trasy został jeden. Długo sobie nie pojadę, ale co poczuję klimat wrocławski, to poczuję, no nie? No, jadę. Jadę, jadę. Stop. „To już?”, pytam sama siebie. Nie, raczej nie, bo nie wszyscy wysiadają. No, to stoję dalej. Nie wysiadam. Tramwaj rusza. W przeciwną stronę. Czyli jedziemy z powrotem. Czyli chyba powinnam wysiąść. Czyli to był ostatni przystanek na trasie, a teraz jedziemy z powrotem.

Wysiadam na kolejnym przystanku. Czyli tam, gdzie wsiadałam.

Tak skończyła się moja pierwsza podróż tramwajem.

Krótka, zwariowana, no ale przede wszystkim – darmowa!

Real Murcia

Wracam z gór. Mijam bary. W nich mnóstwo ludzi. To oznaka, że dziś jest jakiś mecz. Tak, Hiszpanie mają zwyczaj oglądania meczów w barach na telebimach. Nie tak jak w Polsce – w telewizji. Jak już wcześniej wspominałam, oni żyją w stadzie. Wszystko robią wspólnie. A mecz przecież to rzecz święta! Nikt nie ogląda go w pojedynkę. Albo siedzi się w barach, albo jest się na stadionie. Bilety koło 150 euro. Dla Polaków drogo. Dla Hiszpanów wcale nie. A kto by oszczędzał na biletach na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej!

Tak, sport jest w tym kraju ważny, choć generalnie Hiszpanie nie lubią się ruszać. Wiadomości sportowe w telewizji zajmują naprawdę sporo czasu. A w gazetach regionalnych prawie zawsze na pierwszej stronie zdjęcie z meczu.

Ale to nie jest jeszcze takie dziwne. Kuriozalne dla mnie jest zaczynanie Telediario, czyli hiszpańskich Wiadomości od sensacyjnej informacji, że jakaś tam hrabina rozwodzi się ze swoim mężem!!! To dopiero wieść! Tak, Hiszpanów takie rzeczy bardzo interesują.

Rebaja, czyli wyprzedaż

Nie wiem, czy Hiszpanie znają takie słowo jak oszczędzanie. Często żyją na kredyt. Jednak to nie jest tendencja czysto hiszpańska. Cały świat tak żyje. Po prostu ludzie stają się wielkimi konsumentami. Kupują rzeczy, na które ich nie stać.

Normalnością w Hiszpanii jest kupowanie samochodu na kredyt. Tylko że ten kredyt też dużo łatwiej uzyskać niż w Polsce. Na najmniejsze rzeczy bierze się kredyt.

Ale o jedno Hiszpanie nie muszą się martwić. Bo zjeść można naprawdę tanio. Juan Pe pracując w banku, zarabia 2000 euro. Ekspedientka w sklepie średnio 800 euro. To gdzieś 4 razy więcej niż w Polsce. A żywność w supermarketach tania. Mniej więcej jak w Polsce. I ciuchy też można znaleźć w rewelacyjnych cenach. A poświąteczne przeceny to już jest szał zakupów. Ceny spadają dużo bardziej niż w Polsce. Nie ma 30% mniej. Jest 80%!

W supermarketach tanio, ale jedzenie na mieście dla mnie bardzo drogie. Hamburger kosztuje 6 euro. To około 20 zł! Tak, Polacy zawsze przeliczają wszystko na złotówki. Dużo trudniej odnaleźć im się w świecie euro, bo po prostu na wiele rzeczy ich nie stać.

Dla mnie jedzenie na mieście drogie, dla Francuzek tanie. Wszystko zależy od punktu siedzenia.

Erasmus orgazmus

To, jak wygląda Erasmus, zależy od kraju, do którego się jedzie. Im bardziej na południe, tym luźniej. Zanim wyjechałam na studia do Hiszpanii, słyszałam różne opowieści – że w ogóle nie trzeba zdawać egzaminów, że jedzie się na wakacje, żeby pozwiedzać. Ja o moim Erasmusie nie mogę tego powiedzieć, choć jestem na południu. Co prawda wykładowcy nie zaznaczają mojej obecności na zajęciach, więc mogę chodzić lub nie, ale muszę robić wszystko to, co pozostali. Piszę takie same egzaminy, robię prezentacje, nagrywam reportaże. Wiadomo, że podstawową barierą jest język i wykładowcy to rozumieją. Jednak muszę pokazać, że się staram, że uczyłam się na egzamin, a że wszystkiego nie zrozumiałam to inna para kaloszy. Trzeba pokazać, że chce się coś robić.

Erasmus to jeszcze inna kwestia. To życie z dala od domu, od rodziców, na własną rękę, samemu, w mieście, w którym najczęściej nie zna się nikogo. Często ludzie zachowują się tak, jakby byli spuszczeni ze smyczy – impreza za imprezą, piwo za piwem, dziewczyna za dziewczyną, chłopak za chłopakiem. Tak, Erasmus to również szereg różnych, przelotnych, ulotnych znajomości,  związków, przygód.

Mieszkam z Antoine z Belgii. Przez jakiś czas miał dwie dziewczyny – jedną w Belgii, drugą w Murcii. Opowiadał, że to bardzo dziwna sytuacja i sam jej nie rozumie. Przez jakiś czas jeszcze ciągnął na dwa fronty, w końcu zrezygnował. Z Belgijki. A Francesca – Włoszka z Erasmusa – zobaczymy, jak długo będzie. Ona zostaje w Murcii rok, on tylko do lutego.

Wiele związków się rozpadło wśród Erasmusów. Andrea – chłopak z Włoch – był ze swoją dziewczyną już dwa lata. Związek Catrene, Antoina…Celine, która mieszka ze mną przetrwała, choć i tak swojego faceta zdradziła. Na ich szczęście już za kilka dni wraca ona na stałe do Francji i myślę, że wtedy będzie między nimi dobrze. Aline – druga moja współlokatorka – zostawiła w Brazylii chłopaka. Zostaje tutaj na rok. I nie wie, czy im się uda przetrwać rozłąkę.

Trudno być z kimś na odległość. Mój związek jest tego przykładem. Masz Internet – cud techniki, ale co z tego. Przychodzi moment, kiedy ma się dość rozmów na skype, potrzebujesz wspólnego przebywania. Jednak bez tego Internetu życie tutaj byłoby dla mnie niemożliwe. Bo mimo tego, że już nie chce się tylko gadać na skype, to się gada. I najważniejsze jest to, że ma się po prostu taką możliwość.

Ja z moim Maciejem będę się widziała prawie po 3 miesiącach przerwy. Jak będzie? Czy bardzo się zmieniliśmy? Ja, jak zawsze, jestem pozytywnej myśli. Obydwoje z Maciejem myśleliśmy, że życie na odległość jest straszniejsze. Można przeżyć przez jakiś czas. Ale tylko przez jakiś czas.

 Tak naprawdę wszystko zależy od człowieka. Jeżeli starasz się utrzymać związek, to ci się uda. Zakolegowałam się z czterema Francuzkami. One też żyją w związkach na odległość. Dlatego pewnie łatwiej nam jakoś się dogadać. Bo życie Erasmusa, który zostawił kogoś w swoim kraju, różni się od życia wolnego Erasmusa. Nie ma wielu imprez, szaleństwa po barach. Jakoś to nas – Francuzki i mnie - nie bawi. One zostają tutaj na rok. Patrząc na to, jak żyją, uważam, że uda im się przetrwać.

Juan Pe, z którym mieszkam, mówi że co to za Erasmus, który ma kogoś w swoim kraju.  _e trzeba być wolnym i używać życia. Mam nadzieję, że jego słowa, jak i wielu znajomych z Polski nie będą prorocze.

             

P.S. Kartki leżą na parapecie od prawie dwóch miesięcy. Czekają, aż zabiorę się za ich wypisanie. A później czeka je długa droga, bo z Hiszpanii do Polski będą podróżować dwa tygodnie. Długo, ale nic się nie poradzi.

Kartki leżą i czekają. A ja ciągle sobie powtarzam, że muszę się za nie zabrać, bo obiecałam tylu ludziom. I na pewno to zrobię. Tylko nie wiem kiedy. Dlatego z tego miejsca chcę przeprosić wszystkich, którym obiecałam. Kartki na pewno dojdą, tylko jeszcze nie wiadomo kiedy.